Przy wspólnym stole - podróż do Warszawy, dzień 1

Przy współnym stole - podróż do Warszawy - dzień 1

Przedstawiamy kolejny fragment relacji z wyjazdu uczestniczek i uczestników programu Przy Wspólnym Stole do Warszawy. Tym razem opowieść o warsztatach kuchni żydowskiej napisała Jolanta Baudzis.

WARSZAWA – 1 DZIEŃ – 17.04.2026

Bierzemy udział w niezwykłym projekcie, dotyczącym stołu. Stołu, gdzie skupia się rodzina, przyjaciele, goście, znajomi; stołu, na którym z pietyzmem ustawiane są potrawy serwowane na święta; stołu na codzienne śniadania, obiady, kolacje; stołu – jako mebla, czasami prostego, czasami będącego dziełem sztuki; stołu nakrytego bielusieńkim obrusem i stołu, nakrytego zwykłą ceratą.

Podążając tropem stołu, zawitaliśmy do Centrum Społeczności Żydowskiej w Warszawie przy ulicy Chmielnej 9A.

Przyjęto tam nas bardzo serdecznie. Mieliśmy tam zaplanowane warsztaty kulinarne, związane ze Świętem Pesach – jednej z najstarszych i najpopularniejszych uroczystości religijnych. Dla Żydów jest to Święto Wolności, wyjście z niewoli egipskiej.

Pierwszą potrawę, którą mieliśmy przygotować, był Wegetariański rosół z warzyw z dodatkiem kulek z macy. Marchew, pietruszka, seler korzeniowy, 1 papryka czerwona, cebula, por, czosnek, 2 ziemniaki, goździki, ziele angielskie, kawałek cynamonu, szczypta gałki muszkatołowej – to składniki na bulion. Warzywa zostały pokrojone na duże plastry i wolno pyrkały na niewielkim gazie.

W tym czasie, podzieleni na grupy, robiliśmy kulki z macy, a właściwie, z mąki macowej.

By wszyscy mogli popróbować tego specjału (a było nas ok. 50 osób), użyliśmy:

1 kilogram mąki macowej

1 ¼ litra wody

14 jajek

450 g masła

sól i pieprz do smaku.

(Po połączeniu wszystkich składników, kulę ciasta należy wstawić do lodówki na ok. 1 godz.)

Następnie w licznym gronie (acz podzieleni na grupy) lepiliśmy zgrabne kulki wielkości małego orzecha włoskiego i gotowaliśmy w szerokim garnku ok. 10-15 min.

Ugotowane kulki wylądowały w naszych talerzach, zalane bulionem pachnącym cynamonem i goździkami. Bulion był łagodny, za to kulki były wytrawne – trochę słone, trochę pieprzne.

Smaki i zapachy pozostają z nami na długo, myślę, że i ta potrawa będzie błądzić w naszych zmysłach. Trafi pewnie też na nasze stoły, choćby jeden raz.

Drugą potrawą, którą wspólnie ochoczo przygotowaliśmy był omlet macowy, zwany Mace-braj. Duża grupa osób rozdrabniała płatki macy, wkładając je do miski z dużą ilością mleka owsianego. W następnej misie rozbełtaliśmy sporą ilość jajek. Połączyliśmy zawartość obu misek i znowu mieszaliśmy. Pani Kaja (ozdobiona egzotycznym makijażem) smażyła omlety na maśle klarowanym.

Wielu z nas ta potrawa zachwyciła, była bardzo sycąca i spowodowała dyskusję, co jeszcze można by było dodać, by uświetnić to danie. Mi osobiście ten omlet smakowałby lekko posypany cukrem pudrem (czyli śniegiem, jakby powiedziały moje wnuczki) lub z jakimś smacznym musem owocowym, zależnie od sezonu (czarne jagody byłyby super).

W trakcie przygotowywania kulinariów słuchaliśmy drugiej Pani (niestety, nie zapamiętałam imienia), która pięknie opowiadała o najważniejszych świętach żydowskich:

– o święcie Purim (najradośniejsze święto o obrzędowym roku świąt, na pamiątkę Ocalenia),

- o święcie Jom Kipur (Dzień Pojednania)

- o szabacie

- o święcie Chanuka

- o Hagadzie, czy wreszcie

- o Kalendarzu Żydowskim, który obowiązuje 12 miesięcy w roku, czasami tylko dodajemy 13 miesiąc, by zsynchronizować Kalendarz Księżycowy z Rokiem Słońca.

Kuchnia żydowska oprócz dużej ilości przypraw korzennych charakteryzuje się najbardziej słodko-kwaśnym smakiem, to kuchnia pełna symboli i opowieści.

I kto by pomyślał, że nasze gołąbki, czy babka i placki ziemniaczane pochodzą najpewniej z kuchni żydowskiej.

Z orientalnym smakiem w ustach pospieszyliśmy do Polin – Muzeum na wystawę 1000 lat historii Żydów Polskich i na wystawę „Moc słów. O językach żydowskich”. Uczestniczyłam w tej drugiej wystawie „Moc słów”.

Już w Ewangelii św. Jana czytamy zdanie „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga i Bogiem było Słowo”. Pamiętając to zdanie, zagłębiliśmy się w tą wystawę. Bogata to była ekspozycja, bo oprócz wielu starodruków można było zobaczyć babilońską misę z aramejskimi inskrypcjami, przepiękną sukienkę na Torę, hebrajskie amulety. Nie mówiąc o wielkiej ilości gazet, plakatów, książek. Były tam też współczesne dzieła sztuki – rzeźby, obrazy pełne symboli także. Ale przede wszystkim – to opowieść o językach żydowskich: o języku hebrajskim, jidysz, ladino i jęz. judeo-arabskim.

Język hebrajski był używany już w Biblii, ma bardzo długą historię, byłby zginął, gdyby nie był używany w liturgii (czyli w nabożeństwach). Wskrzeszono go dopiero pod koniec XIX w. i na początku XX w. Od 1948 r. jest oficjalnym językiem Izraela i mówi nim dziś ok. 9 mln. ludzi na świecie. Co ciekawe, w jęz. hebrajskim nie ma dużych liter na początku zdania, a cyfry i liczby zapisywane są literami. Alfabet hebrajski ma 22 litery podstawowe i 5 pomocniczych.

Język jidysz powstał w okresie średniowiecza i był używany przez Żydów w środkowej Europie, w takich państwach jak Niemcy, Białoruś, Polska, Litwa, Ukraina, Rosja. Najbardziej jest podobny do jęz. niemieckiego, chociaż przykładowo Żyd z Polski i Żyd z Litwy wyraźnie różnili się w mowie.

Noblista Isaac Bashewis Singer pisał z powodzeniem w jidysz. Jego powieść „Sztukmistrz z Lublina” została przetłumaczona na wiele języków. I jako ciekawostkę dodam, że w jidysz pisał sławny poeta żydowski Moris Rosenfeld, który - uwaga! – urodził się w 1862 r. w Bokszach Starych k/Smolan i jest krajanem naszej Marysi Teodorowicz. Moris zaczął chodzić tu do szkoły, a gdy miał 9 lat, rodzina przeprowadziła się do Warszawy, a później do Suwałk. Jego pieśni są śpiewane do dziś.

Żydzi żyli w diasporach, nie asymilowali się i zwiedzając wystawę, przeczytaliśmy, że w XVIII w. Mojżesz Mendelson bardzo optował, żeby wykorzenić język jidysz, a hebrajski zostawić dla liturgii, tak jak chrześcijanie łacinę zostawili tylko do religii. Mendelson chciał, by Żydzi asymilowali się ze społeczeństwem chrześcijańskim. Sławne było jego powiedzenie: „Bądź Żydem w domu, a obywatelem na ulicy”. Mimo, że był znanym berlińskim filozofem i pisarzem, nie zyskał uznania.

Zwiedzając, napotkaliśmy też ciekawe informacje o Ludwiku Zamenhofie, lekarzu-okuliście z Białegostoku. Ten wielki humanista marzył o równości, pokoju, braterstwie. Postanowił stworzyć język uniwersalny, wierzył, że usunięcie bariery językowej sprawi, że ludzie w końcu się porozumieją. A tak w ogóle, to był bardzo uzdolniony lingwistycznie. Znał rosyjski, polski, niemiecki, grekę, łacinę, angielski, hebrajski i jidysz. I w 1887 r. wydał książkę „Język międzynarodowy. Podręcznik kompletny” pod pseudonimem Dr Esperanto (znaczy, mający nadzieję).

Język esperanto nie przyjął się jako płaszczyzna porozumienia wszystkich narodów świata, ale szacuje się, że używa go od 100000 do 2 mln. ludzi.

Podczas II Wojny Światowej hitlerowcy wymordowali większość Żydów mówiących jidysz. Ci, którzy ocaleli, emigrowali, głównie do Palestyny, Stanów Zjednoczonych, nawet do Niemiec (co jest dla mnie niezrozumiałe). Niełatwo było dla Żydów europejskich po przyjeździe do Palestyny mówić po hebrajsku. I znane jest powiedzenie, że „jidysz mówi się sam, po hebrajsku trzeba mówić”.

Następnym językiem żydowskim oprócz hebrajskiego i jidysz jest język ladino. Czerpał on dużo z języka hiszpańskiego przede wszystkim, ale także z włoskiego, rumuńskiego, francuskiego, portugalskiego. Na wystawie można było posłuchać jak brzmi np. judeo-włoski, czy judeo-grecki. Słuchaliśmy z uśmiechem, bo brzmieli bardzo podobnie jak Włosi lub Grecy.

Ostatnim ważnym językiem, którym mówią do dziś Żydzi jest judeo-arabski. Używają go Żydzi zamieszkujący w państwach arabskich, takich jak Syria czy Irak, a także we Francji. Hebrajski i arabski mają wspólne korzenie, podobną gramatykę i ortografię.

I kolejna ciekawostka dla nas wszystkich, takie słowa, a jest ich mnóstwo, pochodzą z języka żydowskiego jidysz. Cytuję: bachor, bajgiel, bajzel, belfer, chałka, chawira (gdy mówimy o dużym domu), ciuch, cymes, fajny, fanaberia, gehenna, git, melina, mamona, harmider, łapserdak, machlojka, plajta i dziesiątki, dziesiątki innych słów i wyrażeń. Tych zapożyczeń z jidysz używał na początku świat przestępczy, dopiero później weszły do języka potocznego.

A skoro już jesteśmy przy językach i w miejscu, w którym jesteśmy i żyjemy, to dodam, bo może nie wszyscy wiedzą, że język litewski jest najstarszym i żywym językiem w Europie, jest językiem i przodkiem wielu współczesnych języków europejskich (powtarzam za językoznawcami). Wiele litewskich słów brzmi tak samo jak sanskryt, którego korzenie sięgają starożytności. Do języka polskiego także przenikały słowa litewskie, jest też ich bardzo dużo. I są to na przykład takie słowa jak: kieszeń (od litewskiego słowa kišti (wkładać), admirał, moneta, grafika, klinika, biblioteka czy wreszcie mama. Zagłębiając się w temat, przeczytałam, że język polski ma też sporo zapożyczeń z języka irańskiego, przykładem jest: garść, szach, niektóre cyfry brzmią po prostu tak samo, słowo bałagan, kolory: szkarłatny, karmazynowy, lila, lazurowy, nazwy owoców: arbuz, pomarańcze, limonka, szpinak, pistacje.

Parafrazując Bożenkę, można powiedzieć, że nie tylko kuchnia nie zna granic, ale też słowa, bo słowo – to moc!

Edukacyjną część wyprawy zakończyliśmy obiadem w restauracji „Warsze” (w Muzeum Polin). Kapuśniak ku mojej uciesze był vege, delikatny w swoim słodko-kwaśnym smaku. Za to rolada z bakłażana nadziana serem i marynowaną czerwoną cebulą, apetycznie opieczona, zadziwiła mnie wyjątkowym smakiem. Do tego jeszcze zapiekane w skórkach małe ziemniaki i surówka z białej kapusty, czy można czegoś chcieć więcej?

Ukoronowaniem pierwszego dnia pobytu w Warszawie był recital Joanny Moro pt. „Ja w podróży” w Teatrze Metro. Występ był niezwykły, był jak teatr 1-go aktora z udziałem publiczności. Jej wileńskie „ł” wzruszyło szczególnie ludzi z Puńska. Szczera, emocjonalna i piękna aktorka brawurowo i z ogromnym wyczuciem i wrażliwością zaśpiewała piosenki najlepszych polskich tekściarzy i poetów: Hemara, Satanowskiego, Seweryna Krajewskiego, Dutkiewicza, Jacka Cygana, Agnieszki Osieckiej. Takie przeboje jak „Kiedy znów zakwitną białe bzy”, „Ocalić od zapomnienia”, „Bal u Posejdona”, „Eurydyki tańczące”, „Człowieczy los”, „Windą do nieba” przywołały nam czas, który przeminął. A były też i kulinaria na scenie. Aktorka przygotowała koktajl z orzechów, rukoli, mango, bananów i wody. Kto był blisko sceny, mógł spróbować. Ten recital – to cudowny akcent na zakończenie dnia.

WARSZAWA – 2 dzień – 18.04.2026

Drugi dzień pobytu w Warszawie po różnorodnym i pysznym śniadaniu powitał nas słońcem i zapachem wiosny. Kwitły drzewa, krzewy, kwiaty, no i my rozkwitliśmy po dobrze przespanej nocy w hotelu O3.

Muzeum Narodowe czekało na nas z opowieścią „O stole, potrawach, o zwyczajach”. Pani przewodniczka z cierpliwością i zaangażowaniem wprowadzała nas w świat sztuki, także użytkowej, chociaż zdarzyło się nam otrzeć niechcący o cenne eksponaty.

Pierwszym eksponatem, który nam Pani zaprezentowała był kredens z Kolbuszowej. Takim kredensem mogła pochwalić się magnateria w XVI-XVIII w. Kredensy wymyślono w średniowieczu. Na początku to był po prostu stół, który nazywano kredensem. Ustawiano na nim złocone naczynia, które miały podkreślić i pokazać bogactwo i prestiż jego właścicieli. Uczta na szlacheckim dworze odbywała się w myśl zasady: „Postaw się, a zastaw się”. Wiemy to z książki Jędrzeja Kitowicza „Opis obyczajów”.

Na stołach lądowały niezwykłe frykasy, jak np., gęś czarna zamarynowana w palonej słoninie (wyciągniętej prosto z cholewy buta), octu i przypraw, flaki szafranem zaprawiane, używano też w niewielkiej ilości cukru, który do tzw. deserów farbowano – nie zgadniecie, skąd brano barwniki. Otóż (prawdopodobnie po upraniu) brano do tego stare gacie, jakieś tasiemki, resztki porwanych koszulek i gotowano, by wydobyć kolor potrzebny do barwienia. Czytamy u Kitowicza, że potraw na stole było dużo, by zaimponować sąsiadom. Wprowadzano też nierzadko nowomodne potrawy, takie jak ślimaki czy żaby.

Środek stołu był najbardziej eksponowany. Stały tam najlepsze i najładniejsze naczynia i tam sadzano najbardziej znamienitych gości. Na końcu stołu była najskromniejsza zastawa, bo i goście byli biedniejsi i bez zasług. Sztućce kładziono tylko na środku stołu lub nie podawano ich wcale, bo po prostu je kradziono. Na bale goście zwykle przychodzili z własnymi sztućcami. Łyżkę noszono w cholewie buta, a nóż u pasa. Widelce były rzadkością.

Najbiedniejsi biesiadnicy pożyczali sobie łyżki. Jeśli blisko siebie posadzono zwaśnionych sąsiadów, to jeden drugiemu robił na złość wycierając swoje tłuste ręce w delię (czyli w płaszcz). Piwo było znane i podawane w kuflu z przykrywką, by piana nie uciekła, bo ona była najcenniejsza. Ale pito też mocniejsze trunki, najgorsze były toasty, wtedy trzeba było kielich, czasami o pojemności 1 l wypić aż do dna. Zdarzały się śmiertelne zejścia.

Adam Małachowski – krojczy koronny szczególnie sobie upodobał zapraszać duchownych na biesiady. Przy stole królowały 2-litrowe garnce alkoholu, załatwiał tym sposobem różne interesy, ale mnisi szybko się połapali i wysyłali na te biesiady duchownych z mocnymi głowami. Ze spaniem nie było kłopotu. Pijani mnisi spali w Sali obok na suto wyścielonej słomą podłodze. Tylko 1 z duchownych musiał zachować umiar. Pił tylko do 11 wieczór, bo o 8.00 rano odprawiał mszę dla strudzonych biesiadników.

Zanim wynaleziono szkło, używano w bogatych dworach posrebrzanych kielichów, a w biedniejszych – cynowych.

Dało się zauważyć kielich kulawkę (bez stopki), którego nie można położyć w zwykły sposób na stole, trzeba było od razu wypić zawartość, by alkohol nie wylał się na biesiadny stół. Kielichy w kształcie fletu i kulawki miały czasami pojemność do 1 litra.

Przechodząc dalej, podziwialiśmy zbiory porcelany, którą nazywano „białym złotem”.

W tamtym okresie, czyli w XVIII w. najsłynniejszą była Manufaktura Królewska w Miśni. Widzieliśmy kilkanaście sztuk serwisu właśnie z Miśni, który w wersji początkowej liczył sobie ok. 2200 elementów. Robiono go przez 4 lata na zamówienie Henryka Brühla – ministra Augusta III. Motywem przewodnim tego serwisu była postać łabędzia. Serwis przetrwał szczęśliwie prawie do końca II Wojny Światowej w majątku Brühlów na Śląsku, dopóki nie weszli Rosjanie w 1945 r.

Przechodząc z Sali do Sali, Pani zwróciła nam uwagę na apteczkę podróżną pełną mnóstwa czerwonych buteleczek i na książkę kucharską wydaną w 1682 r. przez Stanisława Czernieckiego pt. „Compendium Ferculorum albo Zebranie potraw”.

W kolejnej Sali oglądaliśmy obrazy malarzy holenderskich, było nam łatwiej je przyswoić, bo nasz Wiesio odwalił kawał dobrej roboty przekazując nam istotne informacje na temat symboli w malarstwie. Zapoznał nas z dziełami takich artystów jak Pieter Bruegel – młodszy, Frida Kahlo, Jan Vermeer, Rembrandt, Józef Czapski, Paul Cezanne, Matisse, Picasso, współczesny Daniel Borelli. Pokazywał też obraz holenderskiego malarza Wilhelma Hede. I ku mojemu zaskoczeniu mogłam jeden z obrazów Heda zobaczyć w Narodowym, nie mogłam jednak napaść wzroku, bo czas nas gonił.

Holenderskie obrazy zadziwiały skromnością i umiarem w prezentowaniu potraw na stole. W Niderlandach nie było magnaterii, za to prym wiodło bogate mieszczaństwo. Holenderskie obrazy są hiperrealne, też pełne symboli wanitatywnych (mówiących o przemijaniu).

Ostatnią salę, którą odwiedziliśmy, była sala starożytnej Grecji, która była pełna artefaktów. Grecy także uwielbiali uczty suto zaprawione alkoholem, historycy mówią, że w tamtych czasach greckie wino nie było dobre, było mętne i szybko się psuło.

Wyeksponowano sporo naczyń ceramicznych o różnym przeznaczeniu. Zwrócił uwagę duży dzban zdobiony na czarno, w którym rozcieńczano wino. I okazuje się, że ucztowanie na półleżąco wymyślili Grecy, nie Rzymianie. Do picia w tej pozycji używali kyliksów, czyli szerokiej płaskiej czary na niskiej nóżce, wyposażonej w dwa poziome uchwyty, by łatwiej w pozycji na półleżąco wychylić napój do dna.

Bardzo popularne w Grecji były sympozjony – spotkania towarzyskie, gdzie pito wino z wodą i zajadano tzw. przekąski. W sympozjonach brali udział tylko mężczyźni, dopuszczane były tylko służące i kobiety hetery zabawiające gości śpiewem i graniem. Konkursy, różne gry i zabawy były miłym dopełnieniem sympozjonów. Kobiety w starożytnej Grecji nie miały żadnych praw, a w Atenach nie miały nawet prawa własności.

Przed opuszczeniem Muzeum Narodowego, zdążyliśmy jeszcze zobaczyć „Bitwę pod Grunwaldem” Jana Matejki i parę obrazów Olgi Boznańskiej przedstawicielki polskiego modernizmu zrywającego z tradycją, realizmem, wprowadzając hasło „mniej znaczy więcej”.

Wedel – fabryka czekolady

Najbardziej smakowitym i pachnącym muzeum podczas tej wycieczki była wizyta w Muzeum Fabryki Emila Wedla.

Cała historia tego czekoladowego imperium zaczęła się od roku 1851, kiedy Karol Wedel przybył do Warszawy z Berlina i założył przy ulicy Miodowej cukiernię. Tak a propos, kawiarnię tę odwiedzał wtedy Henryk Sienkiewicz i Bolesław Prus.

Cukiernia szybko zyskała popularność, firma rozwijała się, a obecny zakład na Kamionku funkcjonuje do dziś od lat 30-tych XX w.

Na początku produkowano karmelki, syrop słodowy na kaszel i już wtedy sprzedawano 400-500 filiżanek czekolady dziennie.

Przeszliśmy przez wszystkie etapy produkcji czekoladowych wspaniałości. Były projekcje audiowizualne (m.in. interview z Ghany), tak przystępnie podane, że nie tylko my, ale i dzieci, które towarzyszyły nam podczas zwiedzania słuchały z otwartą buzią. Zaskoczyła mnie informacja, że ziarna kakaowca się odbakteryzowuje, procesy przygotowywania ziarna do produkcji są bardzo złożone. Same ziarna kakaowca wyrastają prosto z pnia lub starych gałęzi. Jest ok. 20-50 ziaren w owocu. Następnie odbywa się fermentacja, suszenie (od 2 dni do 2 tygodni), następnie prażenie jak popcorn, na koniec pakowanie do worków o wadze 64 kg.

Długo można by opowiadać o technicznych szczegółach, lecz dla nas najważniejsza była czekolada. Mieliśmy okazję popróbować nitsów – rozdrobnionych cząstek ziarna kakaowca i częstowaliśmy się waflem polanym płynną czekoladą.

Pierwsza tabliczka czekolady pojawiła się w 1936 r., Ptasie mleczko i Torcik wedlowski także w latach 30-tych pojawiły się na rynku.

Emil, syn Karola spędził 2 lata w Paryżu, uczył się tam cukiernictwa, a po przyjeździe, ciągle rozwijał fabrykę i wprowadzał nowości. Ale pojawiły się podróbki, dlatego na torcikach, także i obecnie, podpisuje się ręcznie ten smakołyk. Zajmują się tym „Panie torcikowe”. Rekordzistka podpisuje ok. 600 torcików dziennie. Jest to praca wybitnie sfeminizowana, mężczyzna, który znalazł tam zatrudnienie, wytrzymał tylko 3 miesiące. Jedna z „Pań torcikowych” przepracowała tam 41 lat.

Po śmierci Emila, fabrykę przejął jego syn Jan. Wedlowie starali się stworzyć ludziom godziwe warunki pracy, np., tworzyli żłobek przy zakładzie, pracownicy stamtąd nie uciekali. I co ważna, za co należy im się szacunek, podczas wojny z Niemcami, nie podpisali Volkslisty. W czasie wojny fabryka pracowała, produkowała czekolady niemieckim żołnierzom na froncie. Po wojnie fabrykę upaństwowiono. Jan Wedel pracował tam jako doradca, ale tylko parę miesięcy. Został wyrzucony. Umarł bezpotomnie w 1960 r. Jego pogrzeb przerodził się w manifestację. Ludzie Warszawy i byli pracownicy tłumnie uczestniczyli w pogrzebie, by oddać cześć tej rodzinie. W 1949 r. fabryka zmieniła nazwę na 22 lipca, ale ludzie wciąż nazywali ją Wedel. W 1989 r. znowu powróciła stara nazwa E. Wedel.

Oprócz zwiedzania uczestniczyliśmy jeszcze w warsztatach cukierniczych. Dekorowaliśmy torciki wg. Szablonów lub własnej fantazji, podjadając czekoladowe pyszności. I chyba dlatego, że nad torcikiem spędziłam najwięcej czasu (co prawda z marnym efektem), dla mnie to jest produkt Number one!

Przypomniałam sobie, że widzieliśmy jeszcze bardzo dużą makietę fabryki i okolic, wykonaną tylko z czekolady. Rosły tam nawet czekoladowe drzewka.

A opakowanie – to temat rzeka, czekolada bardzo łatwo chłonie zapachy. I jako ciekawostkę podam, że opakowanie czekolady „Jedynka” zostało niezmienione od 1930 r.

Obiad w bułgarskiej restauracji, prawdziwie bałkański, gorący, pyszny zakończył naszą wycieczkę do stolicy w poszukiwaniu smaków.

Stokrotne dzięki, Bożenko!

Napisałam „Ja z podróży” (do Warszawy )

fot. Piotr Myszczyński, Wiesław Szumiński